Zdjęcia z uszkodzonej karty udało się odzyskać ale dopiero w Krakowie… Paweł dalej jedzie sam, więc trzymajcie za niego kciuki!
A teraz krótka historia jak to było…
Dojechałem do Łysej Polany. Paweł już pił coś z kufla. Odrazu zrobiło się wesoło… A nie … to tylko herbata.
Słowacki parkingowy zaproponował nam nocleg za 5 euro. Ale po krótkiej rozmowie o tym, że nasz fundusze musimy ograniczać stwierdził że możemy rozbić namiot na tyłach jego siedziby za darmo

Pobudka 3:30. O 4-tej zaczynamy już podjazd do Morskiego Oka. Co prawda zakaz poruszania się rowerami obowiązuje ale o 4-tej nie ma nikogo na bramce a otwarty na oścież szlaban tylko zaprasza do przejechania.

W Morskim Oku opiekun schroniska pozwala nam zostawić rowery za kontenerem na śmieci. Przypinamy je, krótka drzemka w oczekiwaniu na otwarcie kuchni. Śniadanie. I ruszamy na szlak. Pardon, poza szlakiem
Trzeba się przedostać z Doliny Rybiego Potoku do Doliny Białego potoku… Nie opłaca się schodzić znów do Łysej Polany więc forsujemy Rybi Potok i przedzieramy się przez las…


Potem już szlakiem w stronę przełęczy Polski Grzebień ( Polsky Hreben ). W dolinie Velickiej przerwa na obiad. Gotowanie i spożywanie posiłku na wysokości ponad 1700 m npm jest czymś bardzo przyjemnym. W dodatku wokoło pojawia się gromadka świstaków…

Schodzimy do hotelu górskiego Śląski Dom, w którym aktualnie odbywa się remont.
Znów mamy szczęście, po krótkiej rozmowie, panowie budowlańcy pozwalają nam przespać się w jednym pomieszczeniu.

Rano wstajemy o 6-tej. Pierwsze grupy na gerlach już ruszają. My czekamy na naszego przewodnika oraz kolegę Szczepana. Po kilku minutach marszu, ubieramy kaski i uprzęże. Pierw strome podejście, czyli „velicka próba” potem już jest prościej ale i tak szlak trudny orientacyjnie. Bez przewodnika byłoby ciężko…

Na Gerlachu widać tylko białą chmurę. Przy zejściu rozpogadza się…

Przy Batizovskim Plesie rozstajemy się. Przewodnik ze Szczepanem wracają do Śląskiego Domu, ja z Pawłem do Popradzkiego Plesa. W schronisku znów piwko i nocleg na tarasie. Opiekun tego schroniska „straszy” nas przed lisami ale w nocy nikt nas nie odwiedził.

Znów pobudka wczesnym rankiem, i marsz na Rysy. Po drodze spotykamy fotografa spod Pruszkowa i kolegę turystę który sugeruje, iż zejście z Rysów żlebem po śniegu w rakach będzie dużo szybsze niż po łańcuchach. Jednak nie decydujemy się na takie kombinacje i zostajemy mocno w tyle.
W Morskim Oku jesteśmy w samo południe…
Miliony „much” nie mogą się mylić -> Tatry są piękne

Odbieramy rowery i zaczynamy powolny zjazd do Łysej Polany. Powolny? Bo na drodze do Morskiego ruch jak na Floriańskiej w Krakowie… A na końcu zjazdu czeka na nas już strażnik TPN z informacją o 100 zł mandacie
ale po krótkiej rozmowie puszcza nas wolno
Tak jest! Najwyższe szczyty Słowacji oraz Polski zdobyte.
Wsiadamy na rowery i jedziemy dalej!

Ślad GPS z podejścia na Gerlach.
PS. Podczas wyjścia na Gerlach pan przewodnik robił również za fotografa
Oto kilka fotek:



Oraz link do zdjęć Szczepana http://picasaweb.google.com/szczepan.jablonski/2655MNPM